The death of anecdote - prosaic form

Once upon a time (In the same part of the time or any time of part - it's my responsibility - if you like a simple story, could you write sth). Maybe "Once upon a time..." could be good enough or better (over the time we trying understand) in both of the correctly two forms. Albeit it's individual ability of the author. The ambiguity of these forms not pretending to will be giving all people the false. "Short form" - we said about our poem, are very interesting and bring knowledge closer. Stated above, that is currently imagination and perversion (in nowadays) - how the writer exposes himself text. Gonna sth to do? I've intention and I want. Let's start because the introduction is too boring, even me. She was born... (everyone must be born somewhere) unconscious, being on a wave. Every life was bled from a part in the body in front of conscious ears with listened to the voices from the world (Awesome - like in "the never-ending story"). In childhood, taught morality, she didn't hide her insights. As it happens in children, she was honest and devoted entirely to better protection of herself. Her youth was strange, sometimes funny (insights into the human soul be hardy because many problems are too heavy and arms are too weak). She moved between the lines, drawing up the unfinished life credas ("perfectly imperfect" was a dream, not nightmares like in Freddy Kruger stories). She started her cushy life's. If we don't want to lose control, we'll stay together.

Satanizm - co to naprawdę oznacza?

Satanizm to nie absurd, to nie subkultura, to nie dogmaty i nie religia. Satanizm to droga, pewien rodzaj filozofii oraz postrzegania świata. Wyjaśniając, pokrótce czym jest satanizm, postaram się oprzeć na pewnym przedstawieniu historii, bez której nie będę w stanie się obyć w temacie. Satanizm narodził się wraz z człowiekiem, ale to dopiero ludzie nadali temu zjawisku znaczenie, które pozwala dyskutować nad nazwą, zasadą oraz ogólną koncepcją. Satanizm nie jest ani dobry, ani zły. To koncepcja, bez której nie można się obyć w rozumieniu świata, wykorzystywana przez ludzi do zdobywania poklasku. Wykluczam satanizm, jako religię i dogmat, gdyż przekonanie o byciu w ofensywie do założonego planu stworzenia, nie może stanowić religii, a z tragedii, która się zadziała, nie można czynić doktryny. Istota satanizmu jest niewątpliwie ciekawa. Poznałem wielu znawców tego tematu, a jeszcze większą ilość obserwatorów i kibiców szatana, z którymi rozmawiałem. Największymi krzewicielami satanizmu w znanej nam postaci, są i będą ludzie religijni.Bez nich, satanizm i szatan, nigdy nie mieliby szansy zaistnieć, w takiej skali, o której możemy tutaj napisać. Działania tych osób, są niewątpliwie szkodliwe dla wiedzy o tym zjawisku, aczkolwiek stanowią pewien koloryt w sprawie.

Doktryna zła i szatan

Od zawsze, najważniejszą w identyfikacji aniołów była doktryna zła. Każdy, oparty na tym założeniu system, ma swoje dobre i złe strony. Czerpie z biblijnych przekazów, a te, przenoszą dawne zwyczaje i tradycje, na grunt własnego opisu, kształtując na nowo. Symboliczny szatan, to ofiara ludzkiej manipulacji, a nie sprawca grzechu. Zło uczynił zły, a tym złym był szatan, zwany również „diabłem”, „smokiem” lub „bestią”. Ileż to nie stworzono określeń, a ich lista jest tak imponująca, że musiałbym zapisać wszystkie karty tej książki, aby je w pełni podać. Pominę karkołomną identyfikację, ograniczając się w tym miejscu do zwykłego rozważania. Może sama książka wyjaśni więcej, niż nieciekawy opis ze wstępu. Skupmy się na tym, że według ludzi, szatan to absolutne zło. Absolut może być złem – stwierdzenie czystej abstrakcji. Absolut nie ma w sobie wątpliwości, ani nie miewa rozterek. Zło i dobro, to wahania, które wykluczają ideał. Pogląd ten został tak mocno zakorzeniony, że nie sposób z nim dyskutować. Dziwnym byłoby, gdybym na tym etapie, zaznaczył fakt, że każde nadane szatanowi imię, stanowi symboliczne określenie zjawiska, bądź odnosi się wprost do stworzeń, które z szatanem niewiele mają wspólnego.

Kaczkoduk przejmuje ster - próbka tekstu

Na początku[1] był system. Potem pojawił się człowiek tego systemu. Był nim, znany w kręgach politycznych, Wincenty Maria Dubie­niecki, zwany Pułkownikiem. Strefa jego wpływów, wskazywałaby niejednoznacznie, że mógłby zostać, co najmniej marszałkiem czy wręcz niekoronowanym królem Polgaru, czy też Europy. Ot, taki wyidealizowany obrońca systemu, a jednocześnie jego pan i władca. Choć, jak się czasem okazuje, „pan i władca”, też ma nad sobą kogoś kolejnego. Daw­niej mawiało się, że każdy ma dobrego towarzysza, w osobie „jakiegoś” kaprala. Jawny model drabiny społecznej z uwidocznionymi szczeblami powiązań i zależności (prasa wiecznie lubuje się w używaniu pojęć nieprzyzwoitych: „pajęczyna” i „ośmiorniczka”). Pułkownik miał szpakowate włosy, nosił ciemne okulary, eleganckie spodnie i koszulę na długi rękaw. Przypominał typowego wuja. Jego głos pasował do Hollywood, brzmiał jak Al Pacino, w roli Michaela Corleone, z filmu Francisa Forda Coppoli Ojciec chrzestny. Czasem przebrzmiewał[2] coś i w przebłysku olśnienia, przypominał niemą wersję Marlona Brando, wcielającego się w postać Dona Vito Corleone, tytułowego ojca mafijnego świata z Nowego Jorku.

Posłowie do Pierwszej wojny w niebie: Dziedzictwo

Każdy autor, pisze posłowie do własnego dzieła, umieszczając na końcu książki, aby nie zdradzić Czytelnikowi zbyt wiele, z jego osobliwej historii. Stwierdzenie tego na początku, sprawiłoby wtedy, że dalsze czytanie książki byłoby utrudnione. Z posłowiem zapoznać się należy, mając wiedzę o treści, aby wydobyć z ostatnich tez autora, właściwy zamiar twórczy jego dzieła. Używam słowa „dzieło”, w odniesieniu do tego, co stworzyłem, bo tak zwykło się określać książki. Jeśli rzemieślnik wykona stół, to też jest jego dzieło. Czy tym jest właściwie ta książka? Oceńcie sami, czytając tę lekturę. Postaraliśmy się, aby cieszyła nie tylko zmysły, ale również nie męczyła, zbyt licznymi błędami. Trwało to dość długo. Jednak, każda rzecz dobra, powstaje w dość dużym okresie czasu. No… chyba że ktoś z Was rozpoczął czytanie właśnie z tego miejsca. Wówczas, i tak nie miałbym sposobu na to, jak to zmienić, nawet prosząc o to. Książka jest tak wykonana, że gdziekolwiek byście jej nie otworzyli, ma sens zapoznawanie się z jej treścią. Nie zgubicie się w tym, jak również nie zgubiliście się nigdy w Biblii, czytając tamto dzieło z dowolnego miejsca. Oczywiście, nie porównuje tych dwóch ksiąg, ale zaznaczam fakty dotyczące pewnego sposobu konstruowania treści. Udało mi się uzyskać dobrą formę.

O tym jak Maciejowik Józef przyjechał karierę robić do Łysoczołów ze Szczachów Dolnych

Łysoczoły to gmina bardzo mała, umiejscowiona w sercu województwa wartowsko-manowskiego, na skraju powiatu kur­tow­skiego. Przez gminę prze...

Tuesday, 13 November 2018

O tym jak Maciejowik Józef przyjechał karierę robić do Łysoczołów ze Szczachów Dolnych

Łysoczoły to gmina bardzo mała, umiejscowiona w sercu województwa wartowsko-manowskiego, na skraju powiatu kur­tow­skiego. Przez gminę przepływała rzeka, jest tam kilka jezior, parę bagienek. Sporą część gruntów stanowią lasy i pola uprawne. Nieznacznie rozwija się turystyka, a bardziej konsumpcja.  
W okresie głębokiej komuny, serce gminy waliło w Łyso­czo­łach i Harpunach.
W Łysoczołach była knajpa, urząd, posterunek ORMO i Mi­licji, kościółek i kilka siedzib leśnictw. Życie toczyło się powoli, skupiało się głównie przy barze „U Stacha”, w sklepie „U Bronki” oraz w pobliskim GS, w którym można i nie można było dostać, czego dusza zapragnęła. Należało spełnić jednak warunek i znać odpowiednie osoby. Tym samym, GS stał się prawdziwie bijącym sercem gminy. Kariera w GS stanowiła sprawę poważną i była pisana ludziom wyjątkowym, chcącym służyć ówczesnej władzy oraz pobliskim dygnitarzom, którzy przyjeżdżali z serca woje­wódz­twa, kupić mebelek czy zaopatrzyć się w lepsze jedzenie. Oczy­wiście na zamówienie, wprost spod lady. Jak mówiono w tamtych, zacnych czasach, byli „równi i równiejsi”. Żaden opor­tunista z lokalnego gminu, który rozsiewał takie hasełka, nie był w stanie tego wyrazić dość głośno, ponieważ ORMO, Milicja i kilku aktywnych współpracowników, było przygotowanych na takie wro­gie szemrania.
Drugą, ważną miejscowością były Harpuny. Tam, za lasem Soleźniaka, dywersanci zlokalizowali starą bimbrownię, w której produkował się najprzedniejszy trunek w kraju. Moc jego, oceniać można na siedemdziesiąt, a smak na przedni. Z dodatkiem kar­melu, trunek ten miał barwę złocistą, a z dodatkiem mięty, pora­stającej bagienko Soleźniaka, zielonkawą. Specjalny trans­port, co czwartek, zajeżdżał od komendanta milicji i zabierał kilka baniek boskiego likieru. Dla wielu ówczesnych działaczy, był to napój wręcz życiodajny, bez którego nie potrafili normalnie funk­cjono­wać.
Beczki składowano w GS w Łysoczołach, gdzie były butel­kowane i rozprowadzane po kraju. Czyniono tak, ponieważ przy­jeż­dżający dygnitarze, potrzebowali rozkoszować się w jego sma­ku po ciężkiej pracy. A, że zbliżał się właśnie weekend, który w tam­tym czasie oznaczał czas wolny dla partii i czas modlitw dla gminu, należało zaopatrzyć się w niezbędną ilość. Te kilka beczek, po sto litry każda, ledwie starczało na zaspokojenie potrzeb komi­tetu z miasta oraz województwa. No, a trzeba było też dać troszkę do centrali.
Stary Bronek Sznajder, komendant milicji, szef ORMO i zasłużony opiekun kilku tajniaków, załatwiał spe­cjalną beczkę współ­pracownikom. W piątek rozpoczynał się reko­nesans tygo­dnia i zjeżdżali się gromadnie, a komendant musiał się odpowiednio przygotować, aby móc sprawnie przyjmować rapor­ty. Praca to była ciężka i wymagała niemałego zaangażowania, dla­tego stary Bronek Sznajder nie przelewał już boskiego trunku do butelek, ale otwierał beczułkę, z której czerpano, niczym z rogu obfi­tości, aż do całkowitego jej opróżnienia. Na niedzielne lecze­nie kaca, pozostawało udanie się do knajpy „U Stacha” i dobicie, zmę­czonego ciężką pracą organizmu.
W piątek, kiedy siadali do obowiązkowego rytuału, w drzwiach pojawił się młody Józef Maciejowik, który przyjechał koleją ze Szczachów Dolnych. Wszedł, zatrzasnął brutalnie drzwi i stuk­nął obcasami, stając na baczność. W ten sposób, okazał sza­cunek ciężkiej pracy miejscowej komendy i kilku towarzyszy or­mowców.
– Dzień dobry, obywatele towarzysze – powiedział dumnie Józef Maciejowik, zwracając się do zgromadzonego kolektywu.
– Witaj, obywatelu towarzyszu – odpowiedział Bronek Sznajder, patrząc w kierunku młodego adepta.
– Jestem Józef Maciejowik. – Mam list polecający z Komitetu Gmin­nego w Szczachach Dolnych dla pana komendanta.
– Dawaj mi to! – wydał rozkaz Bronek Sznajder.
– Proszę, panie towarzyszu komendancie.
– Nie pieprzcie mi tu frazesami, Maciejowik i przestańcie saluto­wać! – zdenerwował się Sznajder. – Usiądźcie, żeż wreszcie! – na­kazał stanowczo.
– Tak jest, panie komendancie – odpowiedział posłusznie.
Na to Sznajder wkurzył się, wstał i podszedł do Maciejo­wika.
– Widzisz ten palec, kutafonie? – zapytał – Tym palcem, ja tu rzą­dzę! – Jak mówię „siad”, to siadasz, jak mówię stój”, to stoisz, jak mówię tłucz”, to tłuczesz. – Rozumiesz, gówniarzu? – dopytał dla pewności, bo Maciejowik nie zrobił na nim wrażenia myślą­cego człowieka.
– Tak, komendancie – rozluźnił się na te słowa Maciejowik, który wyraźnie nie potrafił inaczej funkcjonować, jak tylko na rozkaz.
Stary Sznajder pokiwał głową, pokręcił się po izbie. W koń­cu odpalił papierosa, patrząc się na młodego Maciejowika. 
– Palisz? – zapytał się Sznajder.
– Nie palę – odpowiedział Maciejowik.
– A pijesz? – dopytywał dalej Sznajder, chcąc się dowiedzieć, czy nie obce są nowemu przyjemności.
– Piję, komendancie, a jakże – odpowiedział z uśmiechem Macie­jowik. – Tak okazyjnie, gdy ktoś poczęstuje – zaznaczył.
– No to swój chłop, bo ja już myślałem, że ty solidaruch jaki po­pie­przony jesteś lub kościołowy, dlatego nic na „p” u ciebie nie ma – zadrwił Sznajder.
Zgromadzeni towarzysze w pomieszczeniu Komendy, na ten żart komendanta, buchnęli śmiechem.
– Nie no, ja jestem wierny partii – zarzekał się Maciejowik. 
– Widzę i podziwiam postawę – odpowiedział, czytając papiery ko­lektywu ze Szczachów Dolnych. – Jesteście oddani narodowi i lu­dowej ojczyźnie, a także strażackim ideałom.
– Tak jest – odpowiedział Maciejowik.
– To teraz, masz lufkę i strzel sobie – zaproponował Sznajder.
Maciejowik, spragniony nieco po podróży, wziął szklankę i strze­lił sobie do dna. Wzdrygnął się, bo to co wypił, było nieprze­jednanej mocy.
– Och! – wykrzyczał. – Mocne cholerstwo, komendancie – pisnął przeraźliwie.
– To nasz skarb – powiedział Sznajder – I pamiętaj, masz tego strzec z nami, zasady ci wyjaśnimy. – Jak mi zniknie coś czy oszu­kasz mnie, to ci nogi z dupy wyrwę przy samych jajcach. – Zro­zumiałeś? – dopytał Sznajder.
– Tak jest – odparł Maciejowik. 
– Pójdziesz pracować do GS-u – wyjaśnił komendant sprawę za­trud­nienia, co nie cierpiało zwłoki, bo każdy pracować musiał. – Po­siadasz doświadczenie w informowaniu. Będziesz zapisywał, czego potrzebują wojskowi i rządzący, ale nikomu, oprócz mnie, nie raportujesz. – Służby muszą wiedzieć, jakie nastroje panują w armii, jeśli chcą, aby to państwo należycie chronić. – Generał mu­si mieć pewność, że żaden tu nie będzie kozaczył – uzmysła­wiał młodego. – Uważaj na starego pułkownika Czepiała – dodał Sznaj­der. – To szycha i nie lubi być zaskakiwany. – Jak mi go tu wkur­wisz, to się dziadyga zemści i wtedy będę ja miał przesrane. – Co chce, masz mu dać, choćby spod ziemi! – ryknął Sznajder.
– Rozumiem, komendancie – zakomunikował Maciejowik, stając na baczność.
– Przyjeżdża z wnukiem – mruknął złowieszczo Sznajder. – Ten gów­niarz zawsze mi tu nieprzyjemności robi. – Niewskazane przy tym, aby mu czegokolwiek odmówić.
– Ziele jakieś? – dopytywał zainteresowany Maciejowik.
– Mały, zasrany choleryk – wyjaśnił Sznajder. – Ciekawe, co z tego gnojka wyrośnie? – Obyśmy nie mieli z nim nic wspólnego w przy­szłości – wzdychał.
– Nie będziemy, panie komendancie – zasalutował na baczność Ma­cie­jowik. – W razie czego, osobiście się nim zajmę – dodał pod­eks­cytowany.
– Wkurwiasz mnie z tym! – ryknął Sznajder, poddenerwowany cią­głym wstawaniem i salutowaniem Maciejowika. – Jak chcesz sa­lu­tować, to zostaniesz komendantem straży ochotniczej i chło­pa­kom defilady organizuj, rób spotkania, ucz czynu partii i pa­miętaj tylko: nie przy mnie. – Ja nie lubię marszruty – wyjaśnił. – Jesz­cze jedno: od Czepiała z daleka, Maciejowik. – Pogroził przy tym pal­cem.
– Dobrze – odparł Maciejowik, zmęczony sytuacją.
– Mieszkanie dam ci w bloku, razem z pracownikami PGR-u – dodał Sznajder. – Masz uważnie słuchać, co mówią i myślą. – No­tuj i raportuj, co tydzień – dodał. 
– Wedle życzenia, komendancie – odpowiedział Maciejowik, za­do­wolony z faktu otrzymania lokalu i pierwszego zadania.
– A tu, masz otwieracze – powiedział Sznajder, wręczając pęk kluczy. – Rechfeld wskaże jutro, gdzie to jest. – A teraz, bierzmy się do oma­wiania spraw, aby nie umknęły – podsumował komen­dant.

seeik.pl

Maciejowik przeszedł inicjację z towarzyszami, która trwa­ła całą noc i następny dzień. Padł biedny pod ławą, jeszcze przy górnej powierzchni beczki, przez co musieli zanieść go do celi, w któ­rej spał nieprzytomny do niedzieli rano, czym ominął całą so­botę rozmów.
Komendant przestraszył się, że pod presją służby, Macie­jowik mógł polec na chwałę socjalizmu, ale rankiem oprzytomniał i znów salutował w celi. Sznajder uznał to za znak pozytywny. Ka­zał więc Rechfeldowi zaprowadzić nowego do mieszkania. Zanim zacznie pracę, miał się ogarnąć. GS to było trudne wyzwanie i stra­tegiczny punkt na mapie gminy Łysoczoły, a mimo to, do­świadczony komendant przeczuwał, że powierza zadania właści­wej osobie.
Maciejowik znał obowiązujące zasady i posiadał odpo­wied­nie przygotowanie ideologiczne. Minusem było słabe wy­kształ­cenie i brak wiedzy ogólnej, lecz przez kilka lat służby, miał się do tego przysposobić. Nie wiedział Sznajder, czy uda się wye­liminować tępawe usposobienie z charakteru Maciejowika. Pa­trząc w przyszłość, podjął się tego zadania, kształtując młody na­rybek socjalizmu.  
Komendant wytłumaczył mu zasady rządzenia palcem i wska­zywania na pracę, a nie jej wykonywanie. Jako szef GS-u, miał taką postawę przyjąć, w stosunku do swoich podwładnych: Ha­liny i Zygmunta. Była to pierwsza poważna funkcja w karierze Ma­cie­jowika; odpowiedzialna i na stanowisku szefa. Był dumny z siebie i wiedział, że teraz wreszcie pozna jakąś sikoreczką. Słyszał, że w powiecie kurtowskim są fajne babki. Miał ochotę na jakąś zna­jomość. Był jednak nieśmiały i zbyt sztywny w obyciu, ażeby móc to zrobić normalnie. Zasada, za „mundurem panny sznu­rem”, nie przynosiła pożądanych rezultatów. Postanowił pocze­kać, aż jakaś kruszynka, nawinie się sama na palec.   
Maciejowik spędził niedzielę w mieszkaniu. Przechadzał się po dwóch pokojach i kuchni, to w jedną, to w drugą stronę. Wi­docznie był zadowolony, gdyż było to jego pierwsze samo­dzielne mieszkanie, do którego miał własne klucze. Maszerował po chałupie, jak na najlepszej defiladzie, prostując się jak strzała. Nie miał wielu rzeczy. Przywiózł ze Szczachów Dolnych jedną wa­lizkę. Wyposażony był dość skąpo: w jeden garnitur, kalesony, spo­dnie, krótkie spodenki, dwie pary gaci, koszulkę na krótki rękaw, koszulę do garnituru wyjściowego na wiece partyjne i kra­wat w czerwone groszki. Miał także dwie pary dziurawych skarpe­tek i trampki. Przyw­dział mundur ochotnika straży i dwa medale. Pierwszy, otrzymał za odwagę, kiedy w Szczachach Dolnych ura­tował starej Prze­piórkowej kota z płonącej stodoły. Drugi, przy­pięto mu za służbę partii w organizacji strażackich oraz czynów społecznych organizowa­nych przy Komitecie Gminnym w Szcza­chach Dolnych. Przytwierdzał krążki do piersi i nosił z tak wielką dumą, że gdy wkładał je wraz z mun­durem, to prostował się ni­czym struna od harfy.
 Człowiek był to dość wysoki, smukłej budowy ciała. Dbał o kondycję fizyczną i tężyznę, która miała stanowić rekompensatę dla krótko posiadanej w zasobach męskości. Budził się wcześnie i biegał do sąsiedniej wsi i z powrotem, przy okazji patrząc, czy nie ma w terenie jakiejś konfidencji, czy nie czyni ktoś lokalny kon­trabandy. W trampkach, krótkich spodenkach i koszulce z mi­siem, czuł się wyobcowany. Po powrocie, kąpał się i golił. Co­dzien­ny rytuał przed lustrem, do którego szczerzył zęby i uśmie­chał się, marszcząc czoło. Nieraz kilka minut, podziwiał siebie i śmiał się, trenując na moment, w którym będzie musiał stanąć przed jakąś piękną kobietką, do której uderzy w konkury. Czoło miał po ojcu, który był urzędnikiem więziennym w pobliskim do Szczachów Dolnych, Kopiczynie.
Kopiczyński Zakład Karny o zaostrzonym rygorze, w któ­rym przetrzymywano za komuny homoseksualistów. Miejsce to odcisnęło na Maciejowiku trwałe piętno. Ojciec Józefa trudnił się tam wypełnianiem kwitów, a młody, kiedy przebywał tam wraz z ojcem, patrzył na dziwnie trzymających się za ręce, panów i panie. Czasem się do niego uśmiechali, nieraz rozmawiali z nim, próbu­jąc wyjaśnić, dlaczego trafili do takiego miejsca. Jednak Maciejo­wik nienawidził ich, uważając za odmieńców i dziwaków.
– Aspołeczne tałatajstwo – mówił Herbst, naczelnik więzienia gła­dząc małego Józia po głowie, mówiąc że ma piękne i bujne wło­siska.
Dziadek Maciejowika – stary Wolfgang Reuter Maciejowik był oddany służbie Wermachtu. Po nim, Józek odziedziczył wy­pro­stowaną postawę i uwielbienie do marszruty. Dziadek prze­szedł front aż za radziecką granicą i walczył o III Rzeszę, co było przez lata, po cichu skrywaną dumą rodziny. Mógł karierę zrobić w SS, ale wolał bezpośredni udział w walkach, gdyż pasjonowała go służba w wojsku, a nie wśród „tajniaków”. To w sumie, urato­wało Maciejowikom przyszłość.
Po nastaniu Polgarskiej Ludowej i Bolesława Bierkuta, w zamian za lojalność, stary Wolfgang Reuter Maciejowik, został wielokrotnie odznaczony i w ramach asymila­cji z partią, imię zmie­nił na Włodzimierz, na cześć Lenina. Odrzucił pierwszy, nie­miecko brzmiący człon nazwiska: Reuter, a synowi zmienił imię na Bolesław, na cześć Bierkuta. Kiedy naro­dził się wnuk, nazwano go na cześć Józefa Stalina alias Koby, Józefem. Dumna była cała rodzina z takiego układu. Dumny też był kolektyw partyjny w Szczachach Dolnych. Wdzięczył się rodzinie licznymi odznakami, nadawanymi za wierność partii i Polgaru Ludowego. Prawda jed­nak bywa inna, od tego, co uzna się za rzeczywistość, przykrytą pozorem absurdu i groteski, uśpioną w wyrazie pozoru, intono­wanego przez jednostkę, oddziaływującą na ogół. Załgany pozór mści się okrutnie na znie­nawidzonych masach, zebranych w zwod­niczym tańcu chochoła.
Stary Reuter Maciejowik, wydał towarzyszy broni lokal­nemu oddziałowi UB, wskazując miejsca skrywania, co umożli­wiło nowej władzy wyłapanie i zajęcie się w odpowiedni sposób daw­nym agresorem.
– Taka przemiana – podkreślał na spotkaniach stary Lubowiesz, który był sekretarzem partii. – Szwabska gnida przyjęła imię ludu ro­bot­niczego – chwalił Maciejowika. – Marsz światowej rewolucji zro­bił pierwszy krok – dodawał.
Mijały lata, kiedy z małego Józefka, wyrosło duże i piękne chło­pisko; oczko w głowie mamusi i całej rodziny. Uczył się pilnie pracy operacyjnej, ze służbowej czytanki, kształtując wprawę w pi­saniu, tworząc pierwsze donosy na kolegów ze szkolnej ławy.   
Praca w GS „Łysoczoły” przebiegała Józefowi spokojnie i monotonnie, wręcz sennie. Zazdrościł dygnitarzom, którzy kupo­wali przednie towary. Załatwiał spod lady; takie tam, „to i owo”. Józef Maciejowik stał się w tym specjalistą. Kolektyw był z jego po­stępów zadowolony, nie szczędząc pochwał. Postanowiono wy­słać go na przeszkolenie do Warszawy, aby zrozumiał dogłębniej zasady i mógł przejąć pracę w tajnej kancelarii, tworzonego w 1989 r. Urzędu Gminy w Łysoczołach. Likwidowała się Gminna Ra­da Narodowa i sekretarz ustępował pod jarzmem demokracji. Nie mając monopolu władzy, stary Sznajder musiał pozwalniać chło­paków, po tym jak Lolek Wartęsa skopał komunistom tyłki.   
Sznajder miał dylemat, aby nie ukrzywdzić młodych wil­ków. Maciejowik nie nadawał się do władzy i nie mogli go zro­bić wójtem, bo nie miał kwalifikacji. Wziął jednego ze swoich chłop­ców, pracującego na co dzień w polu. Był to młody Rysiek Wołek, który nadawał się na funkcję jak malowany. Inteli­gentny, zdolny, obiecujący, przystojny kawaler. Miał cechy przy­wódcze i potrafił do­brze kalkulować. W wyniku jego pracy, udało się aresztować ca­łą opozycję na terenie Łysoczołów i uniknąć nie­po­trzebnego roz­przestrzenienia się solidaruchów.
Pierwsze skrzypce powierzył Rysiowi. Józka Maciejowika wrzucił na stanowisko szefa resortu ds. organizacyjno-rozpo­znaw­czych nad elementem podejrzanym. Po dwóch latach nisz­czenia kartotek starych komunistów, przy jednoczesnym spalaniu w pobliskim lasku, otrzymał Maciejowik kawał ziemi, mieszkanie na własność oraz dobrą posadę sekretarza w gminie Łysoczoły. Daw­ni koledzy zostali zabezpieczeni. Maciejowik nie wykonał pra­cy do końca. Przypadkowo, w jego własnej domowej szafie, za­wie­ruszyły się akta Ryśka Wołka, które zabrały w 1991 r. służby, a stamtąd trafiły do archiwum państwowego. Stary Sznajder o tym nie wiedział, a młody wówczas Józef Maciejowik, zajmował się or­ga­nizacją defilad strażackich oraz pieszczotami młodej żony Ger­trudy z domu Kołek. Prowadził również życie towarzyskie, uczest­nicząc w intensywnych popijawach z Bogu­siem Kosidło, który zaprzyjaźnił się z nim, aby uzyskiwać informację dla Kra­siulca, który po śmierci Chodakowskiego, stał się bardzo nieufny i wszę­dzie upatrywał podstępu i węszył spisek. Maciejowik akt nie spa­lił, gdyż najzwyczajniej nie zdążył.
Marzyło się wówczas Krasiulcowi rządzenie cały powiatem kurtowskim, a nawet województwem, ale bał się pierwszego se­kre­tarza Mariana Konopko, który był z usposobienia spokojny, ale nie lubił, jak mu się przeszkadza czy w drogę wchodzi.   
Tak w Łysoczołach mijały lata, a Maciejowik na dobre za­domowił się w gminie. Ludzie zapomnieli o jego służbie w ORMO, nie pamiętali mu też GS-u, a kto sobie przypomniał, był od razu przez Maciejowika odpowiednio potraktowany. Pamięć bywa krót­ka, ale tej hienie można byłoby poczytać sprawę za ujmę, gdyż ża­łował prostemu gminowi dóbr, które ochoczo rozdawał ówcze­snej władzy.
Pod wpływem żony, zaczynał miewać małe ambicje i wku­rzał się na Ryśka Wołka, że ten gra pierwsze skrzypce. Tak go ta sy­tuacja spinała, że jak wracał do domu, to czasem nie wytrzymy­wał i jak dostał od żony niedosoloną zupę z ryby, którą uwielbiał, to jak jej świsnął w ucho, to aż się małpa zakręciła. Ko­chał jednak żoncię mocno, a ona była cały czas za nim. Nie oznacza to, że była wierna. Poroże rosło Józefowi, odznaczając się na wydatnym czo­le. Zresztą, ktoś w rodzinie musiał podejmować decyzje. Liczyli ob­oje po cichu, że uda im się w końcu obalić Ryśka Wołka, któ­remu „przyszyto” do życiorysu. Sznajder współ­działał z Macie­jowikiem, chcąc mieć pewność, że Wołek nie zdradzi. Później wsty­dził się tego czynu, stąd kiedy spotykał się z daw­nymi or­mowcami: Czesiem Ochotką, pracownikiem warszta­tów lokal­nego zakładu komunikacji czy Lucjanem Misielą, delega­tem do powiatu z gminy Łysoczoły, to powtarzał im, co zrobili za komuny Ryśkowi, ale śmiał się, że teraz już nic nie ma i Rychu może spać spokojnie, bo Maciejowik zrobił swoje, a akta poszły z dy­mem. Ochot­ka i Misiel podlewali do szklanki, a Sznajder opo­wiadał róż­ne historie.
Mijały miesiące i nadarzyła się okazja, że Ochotka i Misiel spotkali na swej drodze Józefa Maciejowika, zaangażowanego w rozpracowywanie przybyłego do wsi Wrzesiniec, niejakiego Ro­ma­na Lenciocha.
Czesław Ochotka, Lucjan Misiel i Roman Lencioch spo­tkali się zupełnie przypadkowo, w knajpie Romana Zgorze­laka, we wsi Harpuny i tak popili, aż wzięło ich w końcu na szcze­rość. Pogadali o Ryśku Wołku i jego kłopotach. Każdy każdemu wypo­wiedział, co wiedział. Kiedy rozeszli się i wytrzeź­wieli, to aż strach im było się do tego przyznawać. Siedzieli cicho, dusząc w so­bie powziętą wiedzę, utkaną z przekazów wielu zacnych, ówcze­snych działaczy.
Nastał w końcu dzień, w którym Józefa Maciejowika po­wołano na lepszy stołek, do serca powiatu kurtowskiego. Był już po studiach, z którymi męczył się długie dziesięć lat. Żaden to wstyd. Jeden rok w dwa lata – też dobry wynik jak na dawnego ma­toła. Zdarza się najlepszym, a on nie śpieszył się po wiedzę.
 Ma­ciejowik wiedział, że został powołany do wielkich rze­czy w ad­mi­nistracji publicznej, dlatego postanowił dogłębnie po­znać każ­de przedstawiane tam zagadnienie.
Udał się z dyplomem do powiatu, gdzie poznał wielu za­cnych ludzi. Posadę załatwił młodemu Krasiulec, który miał ocho­tę dowalić Ryśkowi Wołkowi za to, że ten miał większe branie u babek niż on. Jakże mu Krasiulec zazdrościł na szkoleniach, kiedy Rychu umiał na raz trzy dzierlatki oczarować. Ależ miał on polot i fason, a jurny jaki był, że: ho, ho! Oczywiście, wygrywał z Krasiul­cem, bo ten był wiecznie na gazie i ledwo trzymał się na nogach. Z zapijaczoną gębą, żadna sikoreczka nie chciała mieć nic do czy­nienia. No, ale z uwagi na dziejową sprawiedliwość  oberwało się Ry­chowi po kościach. Jurek prze­nigdy nie wybaczał wrogom, któ­rzy opornie trwali we własnych przekonaniach.  
Krasiulec nie lubił Rycha z wielu powodów, ale jeden był, nad wyraz, znamienny: niegdyś pracował jako wiejski samo-zaga­niacz, nim przyszedł w łaski Chodakowskiego. Musiał po szko­łach dzieci uczyć wielu cennych rzeczy, przez co niejedną szan­sę na do­bre wykształcenie, odebrał swoim uczniom. Rysiek, w tym czasie balował po wioskach, naśmiewając się z jeżdżącego ro­werem, od szkoły do szkoły, oberwańca, którym w owym czasie był Krasiulec. Wołek posiadał trabanta, co uchodziło za szczyt ma­rzeń. Raz nawet, jak Krasiulec stawiał się, to mu Rysiek mordę tak obił, że Krasiulec ma z tego powodu teraz taki uraz, że jak swo­ich sługusów upije w trupa, to ich na znak władzy po gębach z dło­ni wali, żeby wiedzieli, kto jest pan. – Krasiulec, a nie jakiś tam Rychu Wołek, zasraniec jeden – powtarzał Juruś w myślach, wa­ląc po łbie Maciejowika, który zalany jak świnia, zasypiał z ry­jem w talerzu.
Maciejowik pracował w powiecie kurtowskim, donosząc Kra­siulcowi bezpośrednio na starostę, a Kosidło w mieście, infor­mując dokładnie o tym, co robi burmistrz Tasiemiec. Była to naj­lepsza i najwspanialsza gwardia chłopaków. Z nimi marzył o pod­boju powiatu, województwa, a nawet kraju. Kiedy kochał się w gabinecie z sekretarz, Danutą Wańko, krzyczał do niej, że „musi mieć tyle ziemi i parobów, żeby móc te gówna sprzed oczu prze­gonić”.
Krasiulec miał bowiem porównanie człowieka, którego nie lubił albo się bał, do gówna. Sprawa wymaga wyjaśnienia. W cza­sach, kiedy jego żonkę młócił Chodakowski, czuł się on bezrad­nie i nie umiał temu zaradzić. Upijał się i padał ryjem w gówno, roz­toczone po całej oborze. I gdzieżby nie chciał upaść, bezsilny z upo­jenia, tam było gówno. Pierwszym smakiem, który czuł w ustach po ocuceniu, było gówno. Wtedy to gówno przyciemniało mu świat. Bał się gówna do tego stopnia, że każdy, kto był zagro­żeniem, zaraz stawał się „żywym gównem”. Wiele przetoczyło się „gów­na” w jego życiu. Krasiulec był aktorem dobrym i umiał się „gów­nu” śmiać w oczy i nawet, nie brzydził poklepać. A kiedy do swoich celów wykorzystał człowieka i nie chciał się na jego gównie pośliznąć, to wtedy wyrzucał go, obdarzając niełaską. Stan prze­mijał, ale człowiek taki musiał się upokorzyć. Karą było wysprzą­tanie obory z gówna. Dziwne panowały tam zwyczaje, ale cóż, co kraj to obyczaj, co naród to pretensja, a co gmina to wiara. 

Natomiast, kiedy człowiek był za silny, nie poddawał się jego woli czy rytuałowi sprzątania obory, to Krasiulec mówił wszyst­kim niezrozumiale, określając tego kogoś „gównem”, bez żad­nego powodu i okazji. Pokazując przy tym obrzydzenie, któ­rym darzył człowieka, przekreślał go tym skojarzeniem na wiecz­ność. Sztandarowe gównojady, którymi Krasiulec otaczał się w co­dzien­ności, czyniły co mogły, aby napiętnowanemu uprzykrzyć eg­zy­stencję. Nie rozumieli tego, co inteligentniejsi rozmówcy Kra­siulca, bo nie znali powodów takiego stanu, budzącego w nim naj­większe i dawne lęki.


Fragment z satyry Wiocha. Powieść jebitna. 


Wszelkie podobieństwo, do osób, wydarzeń i postaci, może być czysto przypadkowe, a upatrywanie w książkowych bohaterach, znanych z życia publicznego osób, odbywa się wyłącznie za sprawą działania wyobraźni i na odpowiedzialność Czytelnika.

Opowiastka o tym jak buchnięto kota Kaczkodukowi

Śledź był w Warchołowie i szykował się do porwania, którego ce­lem, był pierwszy krajowy kot dachowy, imieniem Ali Baba. Agenci, od trzech dni obserwowali dom Jarosława Kaczkoduka, na Zgniłym­bożu przy Drętwej jeden przez jeden, w którym zamieszkiwał owy kot. Dzisiejszego dnia, miało nastąpić decydujące uderzenie, którym chcia­no doprowadzić do uprowadzenia wpływowego zwierzęcia. 
Jarosław wyszedł z rana. Przyjechała po niego nowiutka, służ­bowa „beemwucha”, w którą pośpiesznie wsiadł.
Kiedy samochód znik­nął za rogiem ulicy Jarwolińskiej, równo­legle biegnącej do Drę­twej, agenci specjalni przypuścili szturm na cha­łupę. Wydarto drzwi i dzie­sięciu uzbrojonych członków Centralne­go Biura Śledzącego, na­brawszy rozpędu, przez korytarz wpadło do wnę­trza pokoju gościn­nego, tłukąc epokową szklaną rybę i popiersie Lenina.
Kot nie uciekał i nie stawiał oporu. Siedział leniwie na parape­cie, jakby oczekiwał na nieunikniony los. Procedura wyznaczała ruty­nowe przechwycenie. Rzucono gaz dławiący, granat hukowy, a na ko­niec, wystrzelono ładunki, rażąc Ali Babę paralizatorem. Akcja odby­wała się w pełnym umundurowaniu, a główna siedziba wyraziła zgodę na użycie broni palnej.
W przypadku wpadki, chłopaki mieli przygoto­wany worek z ziel­skiem, które podrzuciliby do piwnicy. W zamrażal­niku lodówki ukry­li pół kilograma kokainy. Towar musiał „wyleżeć”, a gdyby okaza­ła się konieczna jakaś akcja, otwierało im to drzwi wej­ściowe oraz po­zwo­liłoby usadzić Kaczkoduka na długie lata.
– Miau! – wrzasnął kot. – Miau! – wydawał dźwięki i kręcił się ogłu­piały po pokoju, rzucając się, co kilka chwil na ścianę. Nie mógł przej­rzeć na oczy i prawie nic nie odczuwał. Agenci, na dobre dopadli go przy kuchennym stole. Przygwożdżony, nie miał siły stawić czynnego opo­ru. Dostał ponownie paralizatorem, standardowo kolbą od glocka i kil­ka razy „z kopa w pychol” (zgodnie z żargonem specsłużb).    
Generała Pałkę, wykończył ten sam, doborowy oddział, działa­jący na specjalne rządowe zamówienie („białe rękawiczki” i „prosta kul­ka”). To było dziecinne w prostocie, więc po sukcesie, załatwili ko­lej­nego przeciwnika, eksterminując Andrzeja Lepidłę, który kochając życie i ludzi, rzekomo powiesił się na lince (w raporcie zapisano: „sa­mobójstwo”).
W życiorys służbowy wpisała się doniosła akcja z udzia­łem ka­pelana Popiołki, ale tym nie chwalili się, bo generalnie, usuwanie du­chownych nie leżało w modzie systemu, głównie z uwagi na ich roz­liczne zasługi oraz stałą współpracę państwa z kościołem.
O likwidację zabie­gała wyższa instancja, a skoro sojuszni­kom się nie odmawia, nie ro­biąc pod górkę, załatwiono kulkę, pasek i umę­czonego apostoła „spusz­czono z nurtem” (kolejna fraza ze słownika ope­racyjnego). Wy­łamał się „czarnej nomenklaturze” i musiał ponieść karę.
Na koniec tej systemowej farsy, potrzebny był męczennik, któ­rego „kropnięcie” i „spra­wienie” (dalszy ciąg słownika służb), po­zosta­wiło trwały nie­smak. Załatwiali też wielu innych, ale kota, wśród do­tych­czasowej klien­teli, mieli po raz pierwszy. Rząd nie szczędził im zle­ceń, dopóki chronili liczne układy i odłączali niepotrzebne wtyczki.
 Dysponując odpowiednimi służbami, korzysta się z ich wiedzy i doświadczenia. Rozgrywanie decyduje o zdobyciu przewagi. Z cza­sem, szkoli się no­wych wyjadaczy, a starych „posyła na groblę”. Nie uda­ło się im zre­alizować zlecenia na Zbigniewa Stongę, ale wciąż nad tym ciężko pra­co­wali (harując od świtu po zmierzch).
Rozkaz, z ujęciem kota wykonali należycie. Przemeblowali miesz­kanie dla niepoznaki (dosłownie: „zrobili burdel”), aby sprawie na­dać wyraz politycznego włamania. Porwanie kota, mogło pozostać po­za podejrzeniem. Poza tym, kogo mógłby obchodzić, jakiś tam sier­ściuch? Wyłamane drzwi wskazywały, że mógł samoistnie oddalić się od domu.
Diagnoza śledczych brzmiałaby następująco: „Nigdy nie wy­cho­dził. To dla stworzenia znacznie gorzej. Z pewnością zaginął w ulicz­nym korku, na przedmieściach Warchołowa, stracony gdzieś pod kołami. Sprawa zamknięta”.    
Dokumenty poukładają, a kota zaczną szukać. Zanim się Kacz­ko­duk połapie, kicia zostanie wysłana ekspresem na tamten świat. Nikt nie mógł przeszkodzić Dubienieckiemu, zwłaszcza że akcja zo­sta­ła zawczasu precyzyjnie zaplanowana, włączając najlepszych eks­per­tów.
W centrali, postanowiono dodatkowo zyskać i ośmieszyć Kacz­koduka, że z całego majątku, nawet kasy ze skarpety mu nie za­brano, tylko jego życiowego partnera, kota.   
– Kaczka, kiedyś dla nas pracował – wyjawił Śledź, spluwając plwo­cinę przed domem Jarosława. – A teraz, kurwa, wybił się na niepodle­głość! – zakrzyknął. – Myśli, że samodzielnie ugra – rozliczał byłego współ­pracownika. – Operacyjny pseudonim tego gościa, nie uwierzy­cie koledzy… – mówił na cały głos Śledź. – Dobra, a teraz uważajcie: „Karzeł”. – Pfu! Ponownie splunął i wsiadł do auta. – Pie­roński gnom! – wyklinał. – „Karzeł”, dobry tajny orędownik – dodał.  
            W drużynie zrobiło się nagle wesoło, z lekka wybuchały spa­zmy śmiechu, zdawało się usłyszeć rżenia. Przechadzając się po po­dwó­rzu, uchodząc z „kaczego dworu”, dyskutowali o jego wielkopań­skim mieszkańcu.
Po rozlicznych obrazach, malowanych na płótnie olej­ną farbą, wnosili, że „Karzeł” nosił się wysoko, bo musiał być ktoś znaczny, na­wet jakiś „możniejszy pan”.  
Zwierzę czekało, zapakowane w bagażniku. Wiernopoddańczy Śledź otrzymał misję życia. Po udanym porwaniu, z trójką agentów, udał się do Kurtowa, aby dostarczyć Pułkownikowi cenną przesyłkę.
– Miau! – zaryczał kot, szarpiąc się w bagażniku.
– Kurwa, ucisz kicię! – krzyknął Śledź – Jaki jebaniec żywotny, sier­ściuch jeden! – grzmiał. – Helmut, daj z dwieście paralizatorem! – po­lecił podwładnemu.
Kot dostał kolejną dawkę i opadł z sił na dobre. Nieugięty, po­legł w zmaganiu. Potężne zwierzę, choć małe ciałem, silne charakte­rem, uosabiające naturę Jarosława, wierzgało do samego końca, za­nim ślepia nie zaszły mu obficie powieką. Kot był wierny i gotowy na swój los. Przypieczętował to w chwili, gdy zdecydował się być z Jaro­sławem. Ze wszystkich osób, które odwiedzały prezesa, nie znosił Kry­styny Palowicz, która merdała mu po gzymsach. Innych, mniej lub bar­dziej, był skłonny zaakceptować i nawet, na znak przyjaźni, poda­wać łaputę bez pazura.
Zbiegiem okoliczności, do hacjendy[1] Jarosława, przez otwar­te drzwi, wszedł inny sierściuch, łudząco podobny do Ali Baby, któ­rego przyciągnął zapach stęchłej karmy. Nażarł się i uwalił w legowi­sku prawowitego właściciela, po czym zasnął.
Agenci, zakończywszy akcję, odjechali.  
Jarosław Kaczkoduk, korzystając z konwoju, opłacanego z fun­duszu partyjnego, w asyście doborowych ochroniarzy, wrócił tego dnia dość późno. Odbył wiele spotkań na ulicy Grodzkiej, gdzie mie­ściła się główna siedziba jego rodzimej partii oraz polityczny pokój scha­dzek „dobrej zmiany”. Notable każdej maści mieli tam wstęp, poza pewnym jegomościem, który przypadkiem został przywódcą narodu.
Po wejściu, prezes zauważył wyłamany zamek i uszkodzone drzwi. Ochrona zareagowała i nakazała mu pozostać w korytarzu. Sa­mi, ryzykując wtargnęli do środka, przeszukując mieszkanie. Czyn­ności wykonali należycie, że mucha nie siada. Wewnątrz nie znaleźli nic podejrzanego, poza ogólnym bałaganem, do którego zwykli się prz­y­zwyczaić, przebywając na co dzień w asyście naczelnika.
Jarosław na sygnał, że nic mu bezpośrednio nie zagraża, wbiegł do środka i poszukiwał uporczywie Ali Baby. Od czasu, gdy otrzymał trzy ha­nieb­ne kule, miał się na baczności. Sprawę tę, sprzed kilku lat zbaga­telizował, bo nawet gdyby chciał się zastrzelić, to i tak nie byłoby to możliwe, gdyż nie posiadał na podorędziu żadnej pu­kawki, poza pisto­lecikiem na wodę i zabytkowym korkowcem[2].
– Mru! – odezwał się kot-przybłęda.
– Jakoś dziś inaczej do mnie mówisz, biedaku – Jarosław Kaczkoduk za­gadał do przyjaciela. – Pewnie to stres – sondował. – Skrzywdzili zwie­rzę, niedobrzy ludzie – zamruczał w niezrozumiały sposób, na­wią­zując komunikację. Uśmiechnął się i pomiział małego. – Naj­waż­niejsze, że nic ci nie jest, pewnie to stres – podkreślił.
Jarosław Kaczkoduk, w niczym nie zorientował się, że to nie jest ukochany Ali Baba. Myślał tylko o tym, że jego towarzysz jest bez­piecz­ny i cały. Względy te, okazywały się być ponad wszelką wątpli­wość najistotniejsze. Wezwał do pomocy w porządkach, Beatę Krem­pę, Annę Sfatygowaną, Fryzie Mundurek oraz Beatę Szkło. Świadomie nie poprosił o pomoc Krystyny Palowicz, która ostatnim razem, gdy prze­by­wała na terenie domostwa, dziwnie się zachowywała, przytula­jąc się inaczej niż zazwyczaj i przejawiając parcie na kozetkę. Tego ro­dzaju harce nie były mu w głowie.
Czołobitni ochroniarze, wymienili zamek na nowy i ustawili poziom w drzwiach, aby Kaczkoduk mógł się zaryglować, gdy zapad­nie zmrok i zostanie „sam na sam” z kotem (bied­ny przybłęda nie zda­wał sobie sprawy, co też czeka go w tym przybytku raju).
– Zgłaszamy to? – zapytał jeden z nich.
– Nie tym razem – odpowiedział Jarosław Kaczkoduk. – Pewnie i tak umo­rzą, a po co im dawać satysfakcję, że boję się o życie – sprecyzo­wał. – Nie wolno ustępować – wyjaśniał – ani okazywać strachu. – W polityce – tłumaczył – mój drogi, tak to już jest, że nawet gdy czegoś bardzo nie chcemy, to i tak tworzymy pozory, aby nikt nie powiedział, że ma do czynienia ze słabym przywództwem – uzmysławiał.  
– Wedle życzenia, mości panie prezesie – odpowiedział ochroniarz.



[1] Hacjenda – gospodarstwo rolne w Hiszpanii, popularne określenie w krajach Ameryki Ła­ciń­skiej; dom mieszkalny wraz z zabudowaniami gospodarczymi w tym gospodarstwie.
[2] Korkowiec – blaszany pistolet dziecięcy, z którego strzela się specjalnymi korkami.


seeik.pl


fragment satyry Kaczkoduk przejmuje ster! 


Wszelkie podobieństwo, do osób, wydarzeń i postaci, może być czysto przypadkowe, a upatrywanie w książkowych bohaterach, znanych z życia publicznego osób, odbywa się wyłącznie za sprawą działania wyobraźni i na odpowiedzialność Czytelnika.

Co wy w tych urzędach wyprawiacie? O tym jak Jerzy Krasiulec buchał osobistą sekretarkę (wyłącznie dla osób pełnoletnich)

Wszedł do środka. Urocza sekretarka uśmiechała się i próbo­wała go od progu zbyć, udając że Krasiulca nie ma.
– Wójt na spotkaniu – zakomunikowała lekceważąco.  
Dubieniecki nie wytrzymał tego irytującego tonu.
– Tak nie będzie, kępo[1]! – warknął dosadnie. – Wiesz, z kim masz do czynienia, gówniaro? – zapytał.
Sekretarka poczerwieniała i odpowiedziała: – Niech pan uwa­ża na słowa, bo zawezwę policję!
Dubieniecki machnął ręką i wtargnął do środka. Zobaczył tam Jur­ka, któremu pod biurkiem stawiała loda, jakaś czarnowłosa nie­wia­sta. Cały spocony, podskoczył na widok Pułkownika, odwrócił się, za­słaniając goliznę i zapiął pośpiesznie spodnie. Dubieniecki, na znak dezaprobaty, pokiwał lekceważąco głową.
– To tak, wita się przyjaciół? – zapytał Pułkownik, bardzo grzecznie, choć stanowczo.
            Sekretarka, pośpiesznie oderwana od manicure, usiłowała się we­drzeć przez drzwi, prowadzące do ośrodka władzy. Mała, nieco oty­ła – takie przynajmniej sprawiała wrażenie, gdy wzrok kierowało się na obwisły biust. Dziewczyna o blond kręconych włosach, wymalowa­nej buzi i szerokim siedzisku.
W oczy, uderzyły Pułkownika jej usta, które zdawały się z lekka być większe, niż powinny, szpetnie wysmaro­wane i twarz, wypudro­wa­na i świecąca od magicznego prosz­ku. Pochwyciła grabią drzwi i roz­tworzyła je, uderzając w bark Pułkow­nika.
– Panie wójcie – sapała sekretarka. – Ten człowiek tu po prostu wtar­gnął, a mnie przy tym brutalnie obraził.
            Pułkownik odskoczył i chwycił za pistolet, którym wycelował w dziewczynę, odbezpieczył… wydało to charakterystyczny brzdęk.
– Zwiedzać, nie spać, zapierdalać! – wykrzyczał Dubieniecki. 
            Krasiulec wystraszył się potężnie, że o mało nie wyskoczył przez okno, które było otwarte na oścież. Rozumiał poniekąd frustra­cję Pułkownika. Opanował się, nabrał oddechu i postanowił rozluźnić atmosferę, wypraszając niepo­trzebne, w tym momencie, panny.
– Wynoście się we dwie! – krzyczał do zdezorientowanych kobiet. – Po­szły won! Do jasnej cholery! Won mówię! – darł się Krasiulec.
– Ładne masz usta – zwrócił się Pułkownik do lodziarki. – Kiedyś za­proszę cię do „pieprznika” – zapewnił, mrugając oczkiem. – Zoba­czysz, co to prawdziwe doznanie, malutka.   
Kobieta poczerwieniała i szybko opuściła pokój. Pułkownik wy­wnioskował jej potrzeby, obserwując spodnie dziewczyny, które w oko­licach rozporka, były lekko zawilgocone.
Wprawne oczy szpiega, na­uczone odruchowej obserwacji (po­łą­czone ze zmysłem wiecznie głod­nego samca), dobrze wiedziały, że sącząca się struga z kobiety, ozna­czać może tylko jedno. Na co dzień, uchodziła za wzorową damę, nie odskakując zbytnio od reszty, a że mia­ła swoje niecne tajemnice i fantazje (któż ich nie ma), to chyba rzecz normalna (jeden dzień uczciwości i mówienia prawdy o wła­snych pragnieniach i tym, co się myśli, na zawsze odmieniłoby ten świat).
Przekraczanie granic i na­miętne zdrady, to tylko kolejna kon­se­kwencja kapitalistycznej propa­gandy (w pogardzie do siebie, uczy­nio­no z ciała sieczkę, nie mogąc za­spo­kajać się jednotorowo, wy­bie­rano wielobranżowe przygody), która pchnęła ludzi w niwecz, zmu­sza­jąc do poszukiwania dobrobytu w moralnym upadku systemu (sek­su­alna intryga, oddanie i zarobek na ciele).
Sekretarka, rozumiejąc nieco sytuację, zamknęła pośpiesznie drzwi za koleżanką. Dziewczyny konkurowały pomiędzy sobą o pre­mię, którą w zwiększonej kwotowo porcji, otrzymywała ta, której za­ssanie, danego miesiąca bardziej zadowalało wójta. Istniały dobre stro­ny tej zabawy, zmuszające dziewczyny do poszukiwań i ekspe­ry­mentów, na czym korzystał ich życiowy (lub przygodny) partner. Fi­nał tej doskonałości, należał wyłącznie do Krasiulca, który topił fiuta w ich gardłach (na tym polega przywilej władzy i dominacja pieniądza – wszyst­ko można kupić, łącznie z żoną, którą na równych prawach, bę­dzie kochało się nieprzejednanie).
Pułkownik od razu wpadł na to, że ich nabrzmiałe usta nie sta­nowiły efektu medycznych zdobyczy, ale zwykłego wyeksploatowa­nia ma­teriału. Dziewczyny wyszły, a dwaj pa­nowie pozostali sami.
– I co teraz? – zapytał Dubieniecki, zaskoczonego sytuacją Krasiulca.
– Proszę mi wybaczyć – odpowiedział Krasiulec. – Dzień powszedni, mia­łem trochę stresów i musiałem jakoś odreagować – wyjaśnił. – Gdyby Pułkownik wcześniej uprzedził, to nie byłoby niepotrzebnego faux pas – tłumaczył się karnie.     
– Dobrze – zbył go Pułkownik, niezadowolony tak mętną odpowiedzią i usiadł za stołem.
            Krasiulec nie mógł ustać na nogach, wiercił się i krzątał, jak­by go jakaś menda w worek gryzła, a w dodatku, niezwykle niezde­cydo­wa­na.
– Co wy, w tych urzędach wyprawiacie? – podpytywał Pułkownik. Sie­dział spokojnie, wymachując na boki ręką, w której dzierżył stanowczo pistolet. – To jest nie do pomyślenia – wyraził z przekona­niem. – Po­my­ślałeś, jakby trafiono z tym do opinii publicznej? – maglował bie­daka pytaniami. – Pilnuj się, Jurek! – ostrzegał Pułkow­nik. – Bo to nie bę­dzie jak z tym jeżdżeniem Poldkiem[2] na gazie[3] – oznajmił. – Nie po­mogę, no i pójdziesz do mamra[4].  
– Może koniaczku? – podpytywał Krasiulec. – A może wódeczki? – son­dował Pułkownika, chcąc zaserwować jego opium[5]. – Mam schło­dzoną – oświadczył.  
– Nie chcę – wyraził Pułkownik. – Właściwie, to idę do Ofelii – zagrał mu tymi słowami na nosie. – Zaszedłem do ciebie, bo chcę mieć wolną przestrzeń na górce. Będziemy potrzebowali na dwa dni terenu – za­wiadomił.
– Zrozumiałem – odpowiedział Krasiulec, posłusznie układając głowę równo z karkiem. – Wszystko zostanie należycie przygotowane i nikt nieproszony – zapewniał – nie będzie kręcił się po terenie. 
– To oczywiste, gamoniu – odpowiedział Pułkownik i opuścił pistolet.
            Krasiulec odetchnął z ulgą i usiadł za biurkiem, prostując nogi, na znak dzisiejszego zwycięstwa.
– Widzę, że mnie ignorujesz – dał do zrozumienia Pułkownik.
            Krasiulec przeciągnął leniwie ręce, napiął palce u stóp, wy­cią­gając giętko podeszwy do siebie. Prostował kości i ziewał, co dopro­wadziło Pułkownika do szału.
– To masz! – krzyknął Dubieniecki.  
            Wystrzelił ze spluwy, dziurawiąc na przestrzał stopę, przez któ­rą przeszła kula w okolicy styku kości sześciennej z łódkowatą. Bie­da­czysko zaniemógł, ale nie wydarł się ani przez sekundę. Na twarzy był nieswój. Do gabinetu, raptownie wtargnęła przestraszona sekretarka.
– Panie wójcie, panie wójcie! – wrzeszczała jak opętana.
            Posuwając się głębiej, do wnętrza pomieszczenia, minęła Puł­kow­nika i stanęła przed biurkiem Krasiulca. Wokół było pełno dymu, po­zostawionego przez papierosy i nie dało się wyczuć zapachu prochu czy sączącej się krwi. Dziewczyna była zdezorientowana, bo w całym urzę­dzie zrobił się szum. Ludzie biegali i myśleli, że ktoś zorganizował zamach lub kogoś zastrzelono albo że coś wybuchło i wkrótce roze­gra­ją się dantejskie sceny[6]; gdy zawali się ściana lub co gorsze, ogień ro­zejdzie się po całej budowli.
– Czy nic panu nie jest? – zapytała z przerażeniem.
– Nie, a czemu pytasz? – wójt odwrócił pytanie, zagadując sekretarkę.
– Bo był tu straszliwy huk – tłumaczyła – jakby stąd, od pana.
– Błądzisz, huk był – potwierdził – ale to szampan wystrzelił i trafił w me­talowy zegar.
            Zaśmiał się i poprosił, aby kobieta wyszła, zająć się własnymi sprawami oraz poinformowała ludzi o tym nieszczęśliwym wypadku, którego okoliczności zostały jej skrzętnie przytoczone.
– Zmądrzałeś – pochwalił Dubieniecki.
– Proszę mi wybaczyć – tłumaczył wcześniejsze zachowanie Krasiulec. – Byłem niemądry, coś we mnie wstąpiło, Panie Pułkowniku – prosił.
– Znaj łaskę pańską – odpowiedział Dubieniecki.
– Dziękuję, dziękuję – mamrotał przez zęby, zbliżając się do stanu omdle­nia.
– Jaki pan, taki kram! – spuentował Pułkownik. 
Na wyjściu, pieprznął drzwiami, aż tynk odleciał ze ścian. Se­kretarka, widząc jego poczerwienione od złości oczy, próbowała uda­wać, że wszystko jest w porządku. Nie zaryzykowała konfrontacji, uzna­jąc że to ktoś znaczny, skoro wójt zatrząsnął portkami.
– Oczywiście – wymamrotał Krasiulec i poległ na biurku.
            Leżał nieprzytomny kilka minut, ale został ocucony przez se­kretarkę, która weszła sprawdzić, martwiąc się o stan mocodawcy i ogól­ną kondycję, dawcy dziennej porcji nasienia.
– Boże! – wrzasnęła. – Trup! Jednak cię zabili, mój Juruś!
            Mawiają, że czasem ludzie nie mają szczęścia, niekiedy pokory, a innym razem ambicji. Szczęście to taki stan, w którym człowiek nie musi miarkować i ma się dobrze, żyjąc w zgodzie ze sobą i wedle po­trzeb. Osiąga się to, pielęgnując różne cnoty i stale hartując ducha.  
Nam, nie o takie szczęście chodzi, tylko o niefart (życiowy, zwy­kły, nie­elegancki). Gdy lamentowała, w drzwiach stanęła żona Kra­siulca, któ­ra dość ostro spojrzała na te wymowne wynaturzenia. 
– Jaki on twój, larwo! – warknęła Krasiulcowa.
– Jezus, Maria, Święty Duchu! – wzniosła okrzyk sekretarka, dobywa­jąc wołania najświętszych przewodzicieli[7] ludu.
– Ej, dajże pokój, „kutarpyto lukrowana”! – wydarła Krasiulcowa.
– Daruj, to nie tak – błagała dziewczyna.
– Dobra, dobra – odpowiedziała Krasiulcowa. – Nie ty pierwsza i nie ostat­nia – oznajmiła. 
            Sekretarce, aż zrobiło się słabo, na samą myśl o żonie szefa, któ­ra słynęła z tego, że po złapaniu kochanki, potrafiła powyrywać jej kudły. Nie mogła prowadzić kompetycji[8] z żoną. Nie doszło do ni­cze­go, a za same słowa, dostała bluzgi, a nie z plaskacza po doniczce.
– Ja nic nie zrobiłam, przysięgam – wyjaśniała.
– Nie wierzę ci – wykpiła Krasiulcowa. – Jesteś naiwna i głupia, zro­zum i nie obrażaj się, dziewczyno – tłumaczyła. – W twoim wieku, też byłam durna, dlatego tę szmatę wzięłam za męża.
– Przepraszam – powiedziała sekretarka.
– Schlał się czy trup? – spytała Krasiulcowa.
– Pani, co gadasz za nieprawdę?
– Tak, a ty młoda myślisz, że ja durna? – sondowała.
– Nie, skądże.
– To uważaj, wódę czuć w powietrzu, ale to nic nadzwyczajnego, bo ten chlej, ciągle pije – opowiadała. – A gdy nie pije, to nie myśli – do­dała.
            Podeszła bliżej, dostrzegając kałużę krwi na podłodze.
– Co to ma być?! – usiłowała się dowiedzieć, pozostając lekko zanie­pokojona obrotem spraw.
– Nie wiem – tłumaczyła się sekretarka, która nie dostrzegła nic dziw­nego.
            Dziewczyna wykonała kilka kroków i już wiedziała, w czym rzecz.
– O, Jezu! – wykrzyknęła. – Dzwonię na glinę – zakomunikowała.
– Stój, dziewucho! – wrzasnęła Krasiulcowa.
– Dzwoń po doktora Nadrzędę – poleciła. – To kumpel tego opoja.
            Krasiulcowa wiedziała, że nie był to zwykły przypadek i oba­wiała się, że ten pijak mógł postrzelić się sztucerem. Skończyłaby się ka­riera, gdyby przyjechała policja i jej przypuszczenia okazałyby się praw­dziwe.  
– Gdyby wódki nie pił – tłumaczyła – to by tyle krwi nie poleciało.
– Zadzwoniłam już – zakomunikowała sekretarka.
– Dobrze – powiedziała Krasiulcowa. – Kiedy będzie? – starała się do­wiedzieć.
– Za dziesięć minut – zakomunikowała sekretarka.
– Wytrzymaj, debilu niecny – mruczała żona wójta.
– Na pewno przeżyje – pocieszała sekretarka.
– To wiem – odpowiedziała. – Znam go, pamiętam jak w oborze, na gno­ju, zimą sypiał i też go nic nie wzięło – wyjaśniła. – Wóda, młoda pan­no, każdego kutafona konserwuje, a ten mój, wali piołunówkę[9] lub księżycówkę[10].
 – Ale mnie pani teraz pocieszyła, bo myślałam, że to koniec – zako­mu­nikowała pracownica gminy.
– No, no – robiła żarty Krasiulcowa. – Żaden koniec, teraz taki spole­gliwy leży i gęby nie piłuje – powiedziała. – W domu, to wcale anioł nie jest, ale przynajmniej się nie postrzela.
– On? – spytała sekretarka. – Nie miał sposobności, bo jakiś człowiek u niego był, ale ja pytałam po tym, gdy wyszedł… – zdradziła.
– No i? – ciągnęła za język Krasiulcowa, nie dając za wygraną, zawie­dziona nagłym przerwaniem w pół zdania.
– Powiedział mi, że w porządku i to był szampan – uzupełniła. – Bo my się tu w urzędzie baliśmy, że jaki zamach.
– Ha! – Nie mogę! – zadrwiła Krasiulcowa.
Doświadczona żona wieloletniego samorządowca, odebrała ten fakt za niskiej klasy dowcip. Znała urzędników od dziecka, rozumiejąc ich nagły strach i zbytnie zapatrzenie we własne odbicie.
– To wy myślicie, że ten wasz urząd to jakie centrum? – kpiła dalej.
– My też w Europie – przedrzeźniała się młoda.
            Krasiulcowa nie miała ochoty poświęcać czasu na dyskusję, stąd poleciła jej przynieść wodę i szmatę, aby zmyć krew. Chciała wy­prowadzić męża tak, aby nikt nie zauważył wypadku lub znaleźć jakąś wymówkę. Lekarz miał pomóc choremu, no i wystawić stosowne za­świadczenie, wydać opinię i skierować na L4[11], aby pieniądz nie prze­padł, gdyby zechciał w domu posiedzieć z kilka tygodni.
W ocze­kiwaniu, postanowiła przeszukać pokój i sprawdzić gdzie schował broń. Trzymanie tego rodzaju pukawki w urzędzie pań­stwowym, a co gor­sza, jej użycie pod wpływem, mogło zrujnować mu ka­rierę. Oba­wiała się, że pracy by nie znalazł, bo do niczego in­nego, nie nadawał się ten chłop.  
Broni nie znalazła, ale po przybyciu lekarza i opatrzeniu cho­rego, został on zakwalifikowany do wypadku przy pracy, a lekarz uznał że stopę przebiła ostra krawędź zegara, który niefortunnie przewrócił się na wójta, powodując okaleczenie, skutkujące omdleniem. Po opa­trzeniu, chorego przewieziono do szpitala w innym mieście – tak zapi­sano w oficjalnej karcie (oczywiście otrzymał od razu zastrzyk prze­ciwtężcowy i solidny opatrunek, a następnie, odwieziono go do do­mu). Rannego wyprowadzono tylnymi drzwiami, w czym asystował le­karz i sekretarka. Żona upewniła się, czy w gabinecie nie pozostały żadne ślady i po niedługim czasie, dołączyła do konwoju.
Przytomność odzyskał na drugi dzień wieczorem, majacząc coś o pułkownikach, zobowiązaniach i górce, ale nie miała zamiaru go dalej słuchać, więc podała dwie szklanki schłodzonej wódeczki, po któ­rych ululał się jak dziecko i spowił do snu. Dotychczas, mąż nie spra­wiał jej problemów, zresztą, zazwyczaj potrafił o siebie zadbać, spo­kojnie sącząc trunki. Od lat, klękał na prawym kolanie, zawsze w tym samym miejscu, liżąc tyłki wyższym oficjelom. Nie oczekiwał zmia­ny czy jakiegoś nagłego olśnienia, zachowując się roztropnie jak na czterdziestoletniego faceta (z kilkoma wiosenkami wzwyż) przy­stało, ze sporym zrezygnowaniem i niechęcią.
Wóda, w pewnym wie­ku, stanowi nieodłączną towarzyszkę ży­cia mężczyzny, przywracając mu urok, zwraca na powrót hard du­cha (przepełnia ekstazą i kolorytem). Każ­dy samiec, potrafi się wów­czas odnaleźć we własnej jaskini, spowi­tej dymem i przytłumionej lek­ko żarzącym się światłem lampki. W tak doraźnym wieku, sma­kowa­nie cipki (wyłącznie młodej) czy rozkoszo­wanie się możliwością erek­cji, należy do niechlubnych, ale za to, naj­wspanialszych rozrywek do­rosłe­go supermana[12].



[1] Kępa – wysepka na rzece lub jeziorze porosła roślinami. Tu: w znaczeniu oazy, którą tworzy nie­dosięgła (nie można jej dorównać) sekretarka lub też z uwagi na jej bujne włosy.
[2] Poldek – nazwa potoczna samochodu Polonez – „model marki FSO”. W użyciu książkowym wielką literą, gdyż odnosi się do nazwy własnej, używanej w języku obiegowym (potocznym).
[3] Tu: stan po spożyciu alkoholu, przekraczający we krwi dawkę od 0,2‰ do 0,5‰ albo obec­ność w 1 dm3 wydychanego powietrza od 0,1 mg do 0,25 mg.
[4] Mamr – nazwa potoczna określająca „więzienie”.
[5] Opium – wysuszony sok niedojrzałych makówek, stosowany jako środek przeciwbólowy i prze­ciwskurczowy, używany też jako narkotyk. Tu: alkohol, który pełni rolę tego środka.
[6] Dantejskie sceny – termin wywodzi się od imienia twórcy Boskiej Komedii, Dantego Alighieri, któ­ry w swoim arcydziele opisał sceny okrutne, wstrząsające, drastyczne, makabryczne. Przywo­łał opisy mąk piekielnych.
[7] Przewodziciel – dawniej „przewodnik”.
[8] Kompetycja – współzawodnictwo.
[9] Piołunówka – nalewka spirytusowa na piołunie.
[10] Księżycówka – żartobliwie o wódce, potoczne określenie „bimbru”.
[11] L4 – potoczna nazwa zwolnienia lekarskiego, wystawianego, np. w Polsce, na druku ZUS ZLA, biorąca zwyczajową nazwę z dawnego oznaczenia formularza.
[12] Superman – mężczyzna o nadzwyczajnych cechach fizycznych i umysłowych, odnoszący suk­cesy i mający duże powodzenie u kobiet.


fragment satyry Kaczkoduk przejmuje ster! 


Wszelkie podobieństwo, do osób, wydarzeń i postaci, może być czysto przypadkowe, a upatrywanie w książkowych bohaterach, znanych z życia publicznego osób, odbywa się wyłącznie za sprawą działania wyobraźni i na odpowiedzialność Czytelnika.


seeik.pl

Polecamy

Labels

"Goryle we mgle" (1) 1939 r. (1) 500 plus (2) Abraham (1) Abraham Joshua Heschel (1) Adam (1) Adam Mickiewicz (1) Adolf Hitler (2) afery (1) Afryka (1) Agatka (2) agent (1) akcyza (1) aktywność (1) Al-Imran (1) Alela (1) alkohol (2) alkoholizm (1) Ameryka (1) Ameryka Południowa (1) amok (1) anal (2) analiza (1) anecdote (1) angel (3) angels (1) Anglia (1) Aniela Dulska (1) anioł (27) anioł stróż (1) aniołowie (2) Anne Applebaum (2) Anton Szandor LaVey (8) antyk (1) aplikacje (1) Apokalipsa (5) Arabowie (1) Arakad (1) area (1) Armagedon (3) Armia Ludowa (2) Armillaria mellea (1) Aron ha-kodesz (1) artworks (1) aszera (1) atak energetyczny (1) atak psychiczny (1) Augustyn (2) Autumn (5) autumnal weather (2) awareness raising (1) Babel (1) Babilon (1) Baltic (1) Baltic Sea (1) bastion (1) beauty flowers (6) beauty plants (4) begonia (1) Beliar (1) bell (1) Belzebuba (1) Bereza Kartuska (1) bestseller (1) bezrobocie (2) bezrobotny (2) Biblia (27) Biblia Szatana (8) biblioteki (1) bigos (1) Birobidżan (1) biuro (1) bladder (1) Bliski Wschód (1) bliskość (1) Blok Wschodni (1) Bóg (5) ból dupy (1) bóle rodzącej (1) Bolivar Belicosos Finos (1) book (2) brak kontroli (1) Brama Erebu (1) Bruksela (2) buchanie (1) building (1) buildings (1) burdel (1) całun (1) cathedral (1) cele (1) celebracja (2) Chawa (1) cherub (1) choroba (1) chrześcijaństwo (6) church (2) cierpienie (1) cieśla (1) city (3) clapper (1) clean (1) coaching (2) collegium funeraticia (1) colorful (1) columbarium (1) Columbus Day (1) communist (1) contest (1) context (1) cooled (1) cooperates (1) country (2) Creator (1) curriculum vitae (1) cv (2) ćwiczenie (1) cygaro (1) cykl życia (1) cymbały (1) cytaty (1) cywilizacja (1) czar (1) czasy przełomu (1) Czechy (1) człowiek (26) czyściec (1) Dadźbog (1) dam (1) Dąmbscy (1) damska pupa (1) dandelion (1) Dawne dzieje Izraela (1) death (1) demokracja (1) demon (5) demony (2) diabeł (2) dialog (1) dialogue (1) Diana Fossey (1) diatryba (1) dildo (2) Dni Miasta (1) dobro (2) doktryna (3) dokumenty (3) dokumenty aplikacyjne (3) dom (1) Donald J. Trump (1) Donald Tusk (1) Donatan Tursek (3) draczka (1) draka (1) druga Irlandia (1) druk (1) Dubieniecki (12) dupa (1) dust (1) dusza (1) Dżebel el Akra (1) Dziady (1) dzieci (1) dziecko (1) dziedzictwo (9) dziedziczenie (1) dzieje (1) dzieje aniołów (1) dzieło (1) Dzień Sądu (1) Echinopsis (1) echinus (1) Eden (2) edukacja (1) egzorcyzm (1) Eisenbach Artur (1) eksperyment (1) ekstremum (1) El (3) el sebaot (2) elity (1) elity polskie (3) emanacja (1) emancypacja (1) emancypacja Żydów (1) emendatio (1) emeryt (1) emigracja (1) En Gedi (1) endemita (1) environmentalist (1) Er (1) Erem (7) Eremita (2) erotyka (1) erotyzm (1) Etemenanki (1) etnografia (1) Europa (2) Ewa (1) factory (1) fejk (1) fekalia (1) Feralia (1) feudalizm (2) field (1) filozofia (2) flower (5) flowers (6) folwark (1) fragment (41) fragment satyry (13) fragment tekstu (9) franciszkanie (1) from over the Baltic Sea (1) Fryderyk Engels (2) fuckingroom (1) fuksja (1) fundamentalizm (1) funkcje (1) Gabriel Amorth (1) galeria (5) gallery (20) garden (4) gardening (2) Gdańsk (1) gej (1) geje (1) geniusz (1) geszeft (1) Giżycko (1) Glenlivelt (1) głód (1) God (2) gofry (1) gołąbki (1) gorszy sort (1) goryl (1) gospodarka (1) gossip (1) gra (1) grasses (1) grassland (2) green (1) green pea (1) green plants (1) ground (1) grupa (1) grzech (2) grzyby (1) grzyby jadalne (1) GS (1) Gubałówka (1) gwarancje (1) heaven (1) Hebrew (1) herbata (1) heretyk (1) Heritage (2) historia (9) historyk (1) hiszpańska inkwizycja (1) home (1) homocentryzm (1) homoseksualizm (2) human (1) idea (1) ideologia (1) IHWH (1) II RP (1) III RP (1) III Rzesza (2) in the garden (3) Inbal (4) Indie (1) informacje (1) inhumacja (1) Innocenty IV (1) instrument muzyczny (1) interview (1) intryga (1) Ireland (1) Irelannd (1) Irlandia (2) irrigates (1) islam (1) istnienie (1) Izrael (4) Jakub (1) Jarosław Dumanowski (1) jebitnie (1) Jeruzalem (1) Jerzy Krasiulec (1) jesień (1) Jeszurun (1) jezioro Czos (1) Jezus (4) Jezus z Nazaretu (1) Josef Stalin (2) Joseph Smith (1) Joshue ben Qorch (1) Józef (1) Józef Flawiusz (1) Józef Maciejowik (1) Józef Stalin (2) Józef Topolski (1) judaizm (2) junona (1) kaczka (1) kaczka z kaszą (1) Kaczkoduk (44) Kaczkoduk przejmuje ster! (46) kaktus (1) Kalifornia (1) Kanaan (1) Kapitał (3) kapitalizm (2) kapłan (1) kapusta (1) kara (1) kardamon (1) kariera (1) Karl Popper (1) Karol Marks (5) Karta praw podstawowych (1) Kartezjusz (1) katolicyzm (1) kawa (1) Kętrzyn (1) kettle (1) kibuc (1) kiełbasa (1) kiełbasa mazurska (1) kiermasy (1) kłamstwo (3) klątwa (1) kluski (1) knowledge (1) kobieta (1) kochanka (1) komedia (5) komuniści (4) Komunistyczna Partia Chin (1) komunizm (7) konflikty (2) koniunktura (1) Konopnicka (1) Konstytucja (1) kopiec (1) kopiec Czerniakowski (1) kopiec Kościuszki (1) kopiec Unii Lubeskiej (1) korale (1) Koran (2) kormoran (1) kornik (1) kościół (6) Kościół katolicki (1) kot (1) kpina (1) kradzież (1) kraj (1) krajobraz (1) Kraków (1) kremacja (1) Kresy (1) krew (1) krokusy (1) Król Dawid (1) kropla (1) krótka forma (5) Krutyń (1) Krutynia (1) Krzysztof Jackuń (1) Krzysztof Kolumb (1) krzywda (1) książka (27) książki (1) Księga Aniołów (4) Księga Dżungli (1) Księga Henocha (3) Księga Hioba (1) Księga Izajasza (2) Księga Mormona (1) Księga Razjela (1) Księga Rodzaju (6) Księga Wyjścia (2) Księga Życia (2) księgi (1) kuchnia (5) kuchnia regionalna (3) kuksiołki (1) kuksiołki mazurskie (1) kulinaria (6) kult (1) kultura (4) kura z grzybami (1) kurczak (1) kurczak w śmietanie (1) kusiciel (1) kuszenie (1) Kuta (1) kwiaty (3) lake (1) land (1) landscape (4) las (1) leaf (1) leaves (1) leczenie (1) lek (1) Lemuria (1) leninizm (1) lesbijka (2) Lew Trocki (1) lewak (2) lewita (1) licytacja (1) Lilit (1) list czytelnika (1) list motywacyjny (2) literatura (5) local government (1) łodyga (1) łodyga przeciwieństw (1) lokalnie (1) Londyn (1) los (2) loża (1) Lucanus (1) Lucyfer (2) lucyferianizm (1) Ludowe Wojsko Polskie (1) Ludwik Krzywicki (1) ludzie (4) ludzkość (1) Lwów (1) Łysoczoły (1) magia (2) magnateria (1) mały człowiek (1) małżeństwo (1) manes (1) manufaktura (1) Marco Tosatti (1) Maria Magdalena (1) marksizm (2) Maryja (2) masoni (1) masturbacja (1) Masuria (11) materializm historyczny (6) Matylda (2) mauzoleum (1) Mazury (8) meadow (3) mean (1) Mela (1) Metamorfozy (1) mężczyzna (1) miasto (1) mięso (3) mieszkanie (1) Mikołajki (1) miłość (3) młodzież (1) Mojżesz (1) monster (1) monument (1) Mora (2) moralność (1) mord (2) mormoni (1) Morze Bałtyckie (1) możliwości (1) Mrągowo (5) mur berliński (1) mushrooms (1) muzułmanin (1) N (1) Nabrod (1) Nabuchodonozor II (1) należna pomoc (1) name (1) Nana (2) narkotyki (1) natarcie (1) NATO (1) natural environment (1) nature (5) nature gallery (9) nature monuments (1) neighborhood (1) Nemrod (1) Niebo (4) niepodległość (1) niewolnictwo (1) Nimrod (1) Noe (1) November (1) Nowe Jeruzalem (1) Nowoczesna (1) Nowy Testament (1) o książkach (3) obchody (2) obrzęd (2) obyczaje (5) ochrona dzieci (1) ochrona praw (1) odkrycia geograficzne (1) Ofelia Tasiemiec (2) ogród (1) ojciec (1) okres starożytny (1) określenie (1) old city (1) Olsztyn (2) Onan (1) onanizm (1) opętanie (1) opieńka miodowa (1) opinia (1) opinion (1) opis literacki (1) opowiadanie (4) orientacja seksualna (2) ORMO (1) Orwell (1) outflow (1) owczarek podhalański (2) owczarek z Tatr (2) Owidiusz (1) padlina (1) Pan (1) Pan Zastępów (4) państwo (1) Państwo Islamskie (1) Państwo Środka (1) Państwo Żydowskie (1) papież (1) Park Słowackiego (1) Paryż (1) pentagram (1) Penuel (1) PESEL (1) pętla (1) photo (13) photography (11) piasek (1) picie (1) picture (6) pictures (3) piekielna diatryba (1) piekło (1) pieniądze (1) pieprznik (1) Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo (25) pies (1) piosenka (1) pipe (1) PiS (2) Pius XII (1) place (3) places (2) plan (1) plants (5) Platon (1) płeć (1) PO (2) pochówek (2) podniecenie (1) poezja (3) pogrzeb (2) pogrzeb kawalera (1) pogrzeb panny (1) pojęcie (1) pokój do seksu (1) Polacy (1) Polak (1) Poland (4) Polgar (2) polish people (1) political fiction (2) politicians (1) polityka (3) Polska (13) Polska Partia Robotnicza (1) polski pies górski (1) pomoc (1) pomoc rodzinie (1) pomoc społeczna (3) porady (6) porzucenie (1) poszukiwanie pracy (1) potop (1) potrawa (1) potrawy (3) potrawy z mięsa (1) powieść (21) powieść satyryczna (32) powstanie warszawskie (1) pozór (2) praca (1) pragnienie (1) prawa (1) prawa mniejszości (1) prawa podstawowe (1) prawda (5) prawda o aniołach (1) prawo (2) prawodawca (1) prezes (1) PRL (9) próbka tekstu (1) problemy (1) profanum (1) proroctwa (1) proroctwo (2) Proroctwo trzech (1) Prorok (1) prosaic form (1) prostytucja (2) Protais Zigiranyirazo (1) proza (2) przekleństwo (3) przemiany (2) Przemilczeć Armagedon (13) przepis (2) przepowiednia (1) przyjaciel (1) przyjaźń (1) przypis (1) przyprawy (1) przyroda (1) Publiusz Ovidius Naso (1) Pułkownik (3) pupa (1) PZPR (1) rain (1) raining (1) raróg (1) realny socjalizm (3) recensio (1) recenzja (5) recenzja historyczna (1) recenzja literacka (2) recenzje (5) recenzje literackie (5) refleksja (3) refleksje (3) reformy (2) region (1) reguła (1) Reichskonkordat (1) relacje (1) religia (16) Rewolucja Październikowa (1) rezydencja Pułkownika (1) Richard Elliot (1) RIP (1) rody polski (1) rodzina (4) rok obrzędowy (1) Ron Howard (1) rose (3) roses (1) Rosja (6) rośliny (2) rośliny gruboszowate (1) rosół (1) róża (1) Róża Luksemburg (1) Rozdział pierwszy (1) rozstanie (1) rozważania (2) rozwieracz (1) Rudyard Kipling (2) Rumunia (1) Russia (1) Russia Federation (1) Rwanda (1) Rydz (1) rytuał (1) rząd londyński (1) rządy (1) Rzym (1) sacrum (1) sądy (1) saga (1) saga aniołów (1) sakiewka (1) Sansenoj (1) Sapon (1) sarkazm (1) satanizm (8) satyra (49) satyra polityczna (19) Sea (1) sędziowie (1) SEEiK (64) seeik.pl (82) sekretarka (1) seks (5) seks analny (2) seksualność (2) Semangelof (1) Senoj (1) Seria: Prowincjonalna (1) Set (2) sex (2) sex na świecie (1) sheep-dog (2) short text (2) siekiera (1) siły natury (1) Singing in the Rain (1) sintoizm (1) skuteczność (1) skutki (1) SLD (2) Śledź (1) slogans (1) Słowacja (1) Słowianie (1) sługa (1) sługus (1) śmierć (4) śmieszność (2) śmieszny tekst (6) socjal (1) socjalizm (3) Solidarność (1) solidaruch (1) Sophie Neveu (1) społeczeństwo (2) społeczność (2) sprzedaż (1) sraczka (1) środki alkoholowe (1) środowisko (1) Stanisław Gruszczyński (1) starożytność (1) Stary Testament (2) Stasiu Bułka (1) state (1) state farm (1) stawki (1) ster (1) sterowanie (1) store shelves (1) stories (1) stosunek (1) stosunki (1) STTL (1) Stwórca (13) stworzenie (2) styl jebitny (1) succulentus (1) sukces (1) sukulenty (1) surowce (1) Swaróg (1) sweet flowers (4) świat (2) Świat Książki (1) światy (1) święta (1) Święta Inkwizycja (2) święto (1) święty (1) świnia (2) symbol (3) synkretyzm (1) system (3) szacunek (1) szanse (1) szatan (13) szatański (1) Szczachy Dolne (1) Szema (1) Szeol (2) Szinear (1) Szkocja (1) szkolenia (1) szlachta (1) sztuka (1) Sztuka kochania (2) sztuka miłości (1) sztuka pisana (1) Szua (1) szwadrony śmierci (1) Takie sobie bajeczki (1) Talmud (1) Tamar (1) Tatra (1) technika (2) tekst (1) terapia (1) The Fall (2) The First War in Heaven (2) The Jews (1) The Ten Sfirot (1) The Zohar (1) toga (1) toilet paper (1) tolerance (1) tolerancja (1) Tom Hanks (1) tomatoes (1) town (3) tradycja (10) tragedia (1) translate (1) travel (3) trees (2) Tron (1) trudności (1) trunek (1) trylogia (1) trylogia aniołów (6) Turcja (1) twórczość (1) ubój (1) uchodźcy (1) ucieczka z kraju (1) uczciwość (1) UE (4) upadek (1) UPaP (30) upap.eu (29) Urel (1) Urgal (1) urok (1) urzędy pracy (1) USA (2) utwór (4) utwory poetyckie (3) uzależnienia (1) Uziel (12) Uziel Mora (4) uzielmora.eu (3) view (3) vinegar (1) wafelnica (1) wafle (1) walk (1) walka (1) wampir (1) wampiryzm (1) war (1) Warchołów (1) Warszawa (2) wartości (1) waterfall (1) Watykan (2) węzeł (1) wiara (5) wibrator (2) widzenie (1) wiek XIX (1) wieprzowina (1) wiersz (4) wiersze (3) wierszyk (2) wieża (1) wieża Babel (2) Wikingowie (1) Wiocha (2) Wiocha. Powieść jebitna (5) Wiosna (1) władza (1) władza ludowa (1) władztwo (1) Włodzimierz Lenin (1) Wojciech Jaruzelski (1) wojna (2) wojna w niebie (2) wolność (1) woods (2) world (1) wota (1) wróg (1) wsparcie państwa (1) wstęp (6) wszechrzecz (2) www.materializmhistoryczny.com (3) wycinka (1) wydanie (1) wyjazd za granicę (1) wykluczenie (1) wykluczenie społeczne (1) wyuzdany seks (1) wywiad (1) wyzwolenie Warszawy (1) z autorem o książce (1) z życia wzięte (1) zabawa (1) zabawy erotyczne (1) zabory (1) zachowanie (1) Zagraniczna depesza (1) zagrożenia (1) Zakopane (2) żałomsza (1) zaloty (1) zapowiedź (1) zarobek (1) zarobki (2) zasady (1) zasiłek (1) zastęp (1) zatrudnienie (1) zawód (1) zdjęcia (4) zgoda społeczna (1) Ziemia (4) ziemie polskie (1) ziemniaki (2) ziggurat (1) zioła (1) Zion (1) zła wróżba (1) zło (4) złorzeczenie (2) zły (1) Zoefel (1) ZSRR (11) zupa fasolowa (1) zupa grochowa (1) zupa z dyni (1) zupa ziemniaczana (1) związek (1) zwierzęta (3) życie (2) życiorys (1) Żydzi (4) żywa legenda (1)